Imladis

MĘDRZEC POTRAFI UCZYĆ SIĘ NAWET OD GŁUPCA. GŁUPIEC NIE UCZY SIĘ NIGDY.

  • Nie jesteś zalogowany.

Ogłoszenie

"Zapalcie swoje świece dobra i mądrości i zarażajcie innych tym, co jest najważniejsze." Krzysztof K.
WITAMY SERDECZNIE NA WIELOTEMATYCZNYM FORUM DYSKUSYJNYM DLA MYŚLĄCYCH LUDZI

#41 2018-10-21 09:22:36

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Władzę, łocho ho ho fiu bździu img/smilies/smile http://www.cosgan.de/images/midi/frech/c041http://smileys.emoticonsonly.com/emoticons/t/tea-3615http://macg.net/emoticons/laughing2

Ostatnio edytowany przez civilmonk (2018-10-21 09:22:57)


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#42 2018-10-21 09:27:22

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Oj, CM, odpłynąłeś... img/smilies/big_smile.


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#43 2018-10-21 09:28:30

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Oj, tak. Oj nie img/smilies/smile Ojej img/smilies/smile


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#44 2018-10-21 09:29:40

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

http://macg.net/emoticons/laughing2 http://yoursmiles.org/csmile/preved/c0137


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#45 2018-10-21 09:31:09

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

http://www.cosgan.de/images/midi/liebe/h025


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#46 2018-10-21 09:34:46

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

I wzajemnie, Aniele Ty mój http://www.cosgan.de/images/midi/liebe/h025 Cudny ranek, cudna wymiana http://www.cosgan.de/images/midi/froehlich/k005


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#47 2018-10-21 09:43:35

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Bez strachu, bez granic, bez kresu możliwości, w jednym jednak nieodzownie tak samo jestem.


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#48 2018-10-21 09:44:32

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Ale beka ha ha ha http://www.cosgan.de/images/midi/frech/c041http://www.cosgan.de/images/midi/froehlich/n025


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#49 2018-10-21 11:13:59

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Wskoczyłam za Tobą na Twoją falę... http://www.cosgan.de/images/midi/froehlich/k005


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#50 2018-10-21 11:38:39

martin1002
przyboczny
Zarejestrowany: 2014-02-23
Posty: 3284

Re: Serce przemawia

Lidka napisał(a):

Podam Ci przykład, z książki, ale czysto życiowy:

Mama z dwiema córkami wyszła na spacer, była piękna pogoda. Młodsza córka była trochę przeziębiona. Mama kupuje lody starszej, a młodszej nie, bo ona nie może, jest jeszcze trochę przeziębiona. No i ta młodsza, która bardzo chciała tego loda zjeść, rozumie tylko tyle, że nie może go dostać, to znaczy, że została ukarana za to, że zachorowała. Takie rozumienie przekłada się na ciąg dalszy w jej dziecięcym umyśle: skoro została ukarana, choć niż złego nie zrobiła, to znaczy, że nie zasługuje na tego loda, bo coś z nią nie tak. A skoro coś z nią nie tak, znaczy, że mama jej nie kocha. A skoro mama jej nie kocha, to znaczy, że nie zasługuje na miłość. Że nie jest nic warta.

I z tym uwarunkowaniem poszła w życie. W dorosłym wieku miała duże problemy, nie mogła osiągnąć tego, co chciała, niepowodzenie za niepowodzeniem, w końcu poszła na terapię, gdzie odkryto ten jej brak wiary w siebie i skąd się wziął. Jak tylko zdała sobie sprawę z tego, poszło jak z płatka. Dotarło do niej, że to ten moment z przeszłości zaważył na jej poczuciu własnej wartości, zdała sobie sprawę z tego, że nie może dziś poddawać się dziecięcej logice, bo to przecież nie jest prawdą.

O mój Boże. Jak to łatwo można sobie spierdolić życie przez taką (z punktu widzenia dorosłego człowieka) głupotę... img/smilies/sad Ale to niesamowite, że w ogóle udało się dojść do tego, odkryć tą przyczynę.

Nie mogę tylko pojąć, skąd aż tak silna reakcja po jednorazowej sytuacji. Gdyby to było coś, co się powtarzało...

Lidka napisał(a):

No właśnie tak jest, dla małego dziecka najbliższa rodzina jest "całym światem" i to, co poza nim, bywa traumą i tyle, Ale traumą, z którą muszą sobie potem dać radę, niestety. Moi synowie, prawdę powiedziawszy, nie są ze sobą tak zżyci, jak mógł o tym świadczyć ten przykład z przedszkola. Młodszy chciał tylko z nim, bo to była cząstka jego "całego świata" wówczas dla niego. A najlepiej czuł się w domu, ze mną (w związku z tym wycofałam go z przedszkola w "starszakach", zobacz, dwa lata chodził i jeszcze nie mógł się zaadaptować), wrócił dopiero do "zerówki". W szkole podstawowej ciąg dalszy adaptacji do życia, okazało się, że miał dysleksję i w ogóle był "inny". Był kochanym, ale bardzo trudnym dzieckiem. Starszy szedł jak burza, zdolny, bardzo inteligentny, łapał wszystko w lot, towarzyski, rozrywkowy, młodszy wycofany i nawet zastanawiałam się, czy nie ociera to się o autyzm... Doskonała pamięć, inteligencja, ale tak "dla siebie", na dodatek ta dysleksja...

No i pięknie. Bardzo ładnie nam tu się otwierasz, Lidko, w końcu wyszło na jaw, jak w praktyce to Twoje "samo życie" wygląda. img/smilies/hmm

Nie poszłam do poradni, sama się za niego zabrałam, na wyczucie. I po roku ciężkiej pracy udało się.

O to mi właśnie chodziło, gdy pytałam o "prawidłowe uwarunkowanie". Być może w moim przypadku zabrakło takiego właśnie intensywnego indywidualnego podejścia terapeutycznego. Zastanawiam się tylko na czym ono polegało, co Ty z tym synem wyprawiałaś, że w końcu jego zachowanie się unormowało...

Widzisz, dla mnie traumą było niechodzenie do przedszkola, całymi godzinami mogłam na podwórku stać wczepiona w siatkę ogrodzenia i obserwować dzieci na placu zabaw w przedszkolu (akurat na podwórku było), dla mojego młodszego syna na odwrót. Dla Ciebie na pewno też.

Niekoniecznie. Nie przypominam sobie jakiegoś szczególnego lgnięcia do rodziny, do domu. W wieku 5-6 lat fascynowało mnie obserwowanie innych dzieci, które zachowywały się w sposób bardziej dojrzały ode mnie, potrafiły się bawić w dom, w sklep i inne trudne rzeczy. Jednak jak już wielokrotnie wspominałam często miałam ich dosyć, wpadałam w złość i robiłam im krzywdę. Często same prowokowały mnie do tego, mówiąc mi jakąś niemiłą rzecz, a potem mogły powiedzieć "proszę pani ona mnie bije", czerpały satysfakcję z bycia stroną pokrzywdzoną.
Niestety, nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy użyłam przemocy wobec drugiego człowieka i dlaczego. To dla mnie bardzo istotne, chciałabym to wiedzieć, aby móc sobie z tym poradzić. Nadal mam poczucie winy z tego powodu.

"tu i teraz" z dzieciństwa powinno pozostać w dzieciństwie, a nie towarzyszyć nam całe życie i rządzić nami, przysparzając nam problemów.

No niby tak, ale jestem przekonana, że pod pewnymi względami już do końca życia będę do tyłu w stosunku do moich rówieśników. Pewne fazy rozwoju społecznego mocno mi się opóźniły.
Civilmonk pokonał autyzm, teraz jest super wygadanym, troskliwym, empatycznym menadżerem, socjal ma rozwinięty na bardzo wysokim poziomie. Patrząc na niego teraz nikt by się nie domyślił, że 20-30 lat temu miał jakieś problemy z kontaktem z ludźmi.

Ale wiem też, że nie jest konieczne dotarcie do tych uwarunkowań, bo niektóre rodzą się tak wcześnie, że nie mamy szansy tego zapamiętać.

Z pewnością jednym z nich było to, że kiedy miałam zacząć chodzić (raczkowania nie było), okazało się, że jest jakiś problem z bioderkiem. Musiałam nosić specjalne ortopedyczne coś, aby je naprawić. Ta sytuacja uniemożliwiła mi swobodną eksplorację otoczenia, która w tym wieku jest niezwykle ważna, już nie mówiąc o tym, że każdy tydzień to dla dzieciaka kawał życia...

Boję się czegoś tam? Aha, no to funduję sobie systematycznie właśnie to i trwam przy tym, niezależnie od sytuacji aż... przestaję się tego bać. I w ten sposób przekształcam to nieznane uwarunkowanie z przeszłości.

Niby próbuję to robić, ale to nie działa tak jak powinno. Czasem zmuszam się do różnych rzeczy, których nie chcę, czuję to całym ciałem, ale mimo to robię to na siłę, bo "tak trzeba", ale później muszę to jakoś odchorować, o czym stale piszę tutaj. Staram się odciąć od ciała, od niewłaściwych odczuć, blokuję je na jakiś czas, ale później to i tak wyłazi pod postacią np. wstrętu do jedzenia. Ciało mówi w ten sposób "nie trawię tej sytuacji".
Więc chyba jednak muszę zmienić podejście, muszę dotrzeć do tego pierwotnego uszkodzenia mojej struktury osobowościowej, bo inaczej to nie ma sensu.

Ostatnio edytowany przez martin1002 (2018-10-21 21:49:09)


anagami napełnia flakon łzami

Offline

 

#51 2018-10-22 06:25:05

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Marta, właśnie tak się dzieje, nasza dziecięca logika funkcjonuje inaczej, dziecko przeżywa bardzo intensywnie WSZYSTKO. WSZYSTKO bierze za prawdę, a zwłaszcza to, czego się dowiaduje od najbliższych. Ono jest wtedy samą miłością w małym ciałku, więc spodziewa się, że wszyscy tak samo. A przeżywa tak intensywnie dlatego, że jego zmysł krytyczny jeszcze nie funkcjonuje, ma za mało danych, dopiero je powoli zbiera. Więc i wystarczy jednorazowe zdarzenie, żeby dać się silnie uwarunkować na całe życie.

Co do mojego życia – Marta, ja o nim za wiele nie mówię, bo i nie bardzo jest o czym dyskutować. Ono jest jak u każdego innego człowieka. Tyle, że moje podejście jest inne, ja po prostu tego, co inni uważają za problem, co ich, boli, nie uważam za problem i nie boli mnie to.

Jest też jeszcze kwestia otwartości. Jeśli widzę, że ktoś nie jest na mnie otwarty (tak jak Ty teraz, Marta, otworzyłaś się i zupełnie inaczej do wszystkiego podchodzisz, nie masz pojęcia, jak się cieszę z tego powodu), w ogóle nie mam co gadać o sobie, bo cokolwiek powiem, zostanie odebrane na odwrót, że się chwalę, wymyślam i takie tam, sama wiesz.

Co ja takiego robiłam, że mi się udało z synem? No, dla mnie to było trudne przejście, zważywszy choćby na fakt, że nie należę do kobiet z wybujałym instynktem macierzyńskim, nigdy się nie zachwycałam dziećmi i nie ciągnęło mnie do nich. Rzecz jasna moje dzieci bardzo kochałam i kocham, ale wierz mi, po iluś tam latach zajmowania się nimi non stop byłam już potwornie zmęczona i zależało mi na tym, żeby mieć trochę oddechu bez nich. A tu klapa, młodszy miał problem… No więc nie było wyjścia. A jak nie było wyjścia, po prostu pogodziłam się z tym, zaakceptowałam ten fakt. Czyli przestałam liczyć na to, że będę miała dla siebie ten „oddech”. I kochałam go, po prostu. Ustaliłam warunki – a z nim było to łatwe, bo, skubaniec, od drugiego roku życia mówił pełnymi zdaniami i bez tego dziecięcego przekręcania słów, wszystkie trudne głoski wymawiał od pierwszego kopa normalnie – że zgodzę się na jego przerwę w przedszkolu, ale on też musi coś dla mnie zrobić: w ciągu dnia nauczyć się zajmować sobą samym w swoim pokoju co najmniej godzinę. Przystał na to i rzeczywiście nie był kłopotliwy.

A jak w szkole wyszła ta dysleksja, mój młodszy synek stał się dla mnie nauczycielem cierpliwości. Codziennie z nim ćwiczyłam czytanie, nie było to łatwe, bo mały miał pamięć wręcz fotograficzną i próbował mnie oszukiwać. Po moim pierwszym czytaniu (powoli, pokazując palcem każdy wyraz, przy dysleksji litery widzi się poprzestawiane) zdążył nauczyć się treści na pamięć i trzeba było dużo uwagi, żeby to odkryć. Żmudna praca, ale nie denerwowałam się, nie niecierpliwiłam się, zachęcałam, chwaliłam, tłumaczyłam i udało się. Jak już były jakieś postępy, kupiłam mu nową książeczkę, która go bardzo zaciekawiła. Przeczytaliśmy początek razem, potem ja miałam jakieś zajęcie, które mnie oderwało, a mały zaczął sam dukać, bo był ciekawy, co będzie dalej. Powoli, ale mu szło, potem przybiegł do mnie opowiedzieć mi, co przeczytał. I właśnie przy tych samodzielnych próbach jakoś tam (nie mam pojęcia, jak!) poukładał sobie w głowie te literki jak trzeba i naprawdę zaczął czytać. A takim punktem przełomowym w tej dysleksji (i dysgrafii, to idzie w parze) stał się „Harry Potter”. To było później, ale właśnie to zadecydowało, chłopak czytał jak zaczarowany. I to dopiero nauczyło go tak do końca pokonać dysleksję, ba, przestał też robić błędy ortograficzne. I, choć z natury rzeczy ma umysł ścisły (a matematykę kocha namiętnie), jest człowiekiem czytającym i to dużo.

Czyli miłość, praca, cierpliwość, ale też nieużalanie się na nim, nietraktowanie go inaczej, jako dziecko specjalnej troski, zachęcanie do pracy (i do samodzielności), radość z postępów. I chyba nic poza tym?...

martin1002 napisał(a):

Niekoniecznie. Nie przypominam sobie jakiegoś szczególnego lgnięcia do rodziny, do domu. W wieku 5-6 lat fascynowało mnie obserwowanie innych dzieci, które zachowywały się w sposób bardziej dojrzały ode mnie, potrafiły się bawić w dom, w sklep i inne trudne rzeczy. Jednak jak już wielokrotnie wspominałam często miałam ich dosyć, wpadałam w złość i robiłam im krzywdę. Często same prowokowały mnie do tego, mówiąc mi jakąś niemiłą rzecz, a potem mogły powiedzieć "proszę pani ona mnie bije", czerpały satysfakcję z bycia stroną pokrzywdzoną.

Wiesz co, myślę, że swoją postawą (rzecz jasna nieświadomą, to się dzieje na poziomie energetycznym poprzez naszą emanację) prowokowałaś je do tego. Dzieci żywo reagują na wszystko, co wyczuwają jako „inne” niż reszta.

I nie miej poczucia winy z tego powodu, to jeden z największych „hamulców” w rozwoju duchowym! Przecież byłaś dzieckiem, zupełnie nieświadomym, Twoje agresywne reakcje z późniejszych lat (nawet jeśli nie pamiętasz, co je prowokowało) były reakcjami odruchowymi, obronnymi. Takim nieświadomym wołaniem o pomoc, a nie znakiem, że jesteś „niedobra”. Być może ktoś to zanegował i tak samo jak z tymi lodami w moim przykładzie, zrozumiałaś po dziecięcemu i szłaś w życie jako ta „niedobra”?... Dziś przecież rozumiesz problem i widzisz, że było, jak było, bo zabrakło w Twoim życiu jakiego elementu, który by to „przełamał”?...

martin1002 napisał(a):

No niby tak, ale jestem przekonana, że pod pewnymi względami już do końca życia będę do tyłu w stosunku do moich rówieśników. Pewne fazy rozwoju społecznego mocno mi się opóźniły.
Civilmonk pokonał autyzm, teraz jest super wygadanym, troskliwym, empatycznym menadżerem, socjal ma rozwinięty na bardzo wysokim poziomie. Patrząc na niego teraz nikt by się nie domyślił, że 20-30 lat temu miał jakieś problemy z kontaktem z ludźmi.

Niekoniecznie, Marta, NIC nie jest przesądzone! Ale jak będziesz tak myślała (zdanie podkreślone), to i tak właśnie będzie. Napiszę Ci potem (w innym mailu) dobry przykład względem tego stwierdzenia.

Wiesz co, dzieci z łatwością adaptują się do sytuacji, po prostu biorą życie takie, jakie jest i tyle. Fakt, że nosiłaś to takie coś ortopedyczne, wcale nie musiał być dla Ciebie problemem. Problemem mogło się stać w związku z tym coś innego: tratowanie Ciebie przez rodziców w związku z tym. Nie wiem, jak to było, Ty, możliwe, też możesz się tego nie dowiedzieć (ale warto zapytać mamę o to, po jej reakcji możesz się zorientować, jak kiedyś do tego podeszła), ale jeśli bardzo Cię żałowali, jeśli traktowali Cię z tego powodu jakoś szczególnie, jak najbardziej mogło to w Tobie zaszczepić jakieś uwarunkowanie, nie wiem, może przeświadczenie, że jesteś „biedna”, wymagająca specjalnej troski, „inna”?...


martin1002 napisał(a):

Niby próbuję to robić, ale to nie działa tak jak powinno. Czasem zmuszam się do różnych rzeczy, których nie chcę, czuję to całym ciałem, ale mimo to robię to na siłę, bo "tak trzeba", ale później muszę to jakoś odchorować, o czym stale piszę tutaj. Staram się odciąć od ciała, od niewłaściwych odczuć, blokuję je na jakiś czas, ale później to i tak wyłazi pod postacią np. wstrętu do jedzenia. Ciało mówi w ten sposób "nie trawię tej sytuacji".
Więc chyba jednak muszę zmienić podejście, muszę dotrzeć do tego pierwotnego uszkodzenia mojej struktury osobowościowej, bo inaczej to nie ma sensu.

Prawda. Ale nawet jak nie dotrzesz do tej pierwotnej struktury, jak najbardziej możesz to w sobie zmienić na bazie tego, co dziś chcesz, jaka chciałabyś być. Zmuszanie się jest „pod prąd życia”. Ale można i zmuszać się od czasu do czasu, pod warunkiem, że to będzie taki napęd na jakiekolwiek działanie, gdyż nagle nas ogarnęło jakieś lenistwo, np. Bo potem, w samym działaniu, trzeba porzucić to i działać bez tego napięcia „muszę”. Czyli przejść na tryb „chcę”. Dlatego tak istotna, choć dla wielu zaskakująca (dla mnie kiedyś też, nie rozumiałam tego) jest ta rada, że jak czegoś nie lubisz – pokochaj to.

Z tym, że nie chodzi  tu od odcinanie się od uczuć, o blokowanie ich (sama widzisz, co to daje – nic), a o przekształcanie tych negatywnych. A ono polega na tym, że jak czegoś nie lubisz, a zmienisz do tego podejście, przestajesz nie lubić, a zaczynasz lubić, a co najmniej akceptować. Jak rzeczywiście dojdziesz do tego, to znaczy, że masz te negatywne przekształcone.

Więc widzisz, zmiana podejścia jest tu podstawą. Tryb „muszę” nie prowadzi do pozytywnych rezultatów. Trzeba w podejściu wejść w tryb „chcę”.


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#52 2018-10-22 10:53:16

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Mam chwilkę, to machnę Ci ten przykład z życia na temat tego, jak trzeba uważać na to, co się myśli i jak bardzo warto zdać sobie sprawę z tego, co to są nasze myśli i uczucia i jak funkcjonuje życie, a my w nim.

Otóż zaraz po ślubie mieszkaliśmy 2 lata w wynajętych 2 pokojach w domku na niedużym osiedlu. Tam mieliśmy sąsiadów, trochę starszych od nas, ale bardzo się zżyliśmy i polubiliśmy. Potem wyprowadziliśmy się do naszego domu, więc te kontakty były coraz rzadsze. I po paru latach pewnego dnia oni nas odwiedzili. Okazało się, że ona była 3 lata po operacji, miała nowotwór jajnika. Teraz powinna iść na badania i bardzo się tego bała. Przypomniała sobie mnie i nagle zatęskniła za mną, za tamtymi spotkaniami i pogaduszkami.

To była bardzo miła wizyta, znajoma wykorzystała ją, żeby mnie prosić, żebym do niej przyjeżdżała od czasu do czasu. Bo chce mi coś powiedzieć i w ogóle, ja jedna mogę ją zrozumieć, tak czuła.

Pojechałam zaraz w tygodniu i dobrze, że siedziałam w fotelu, bo inaczej bym padła. Ona otworzyła się przede mną i opowiedziała mi, jakim horrorem było jej małżeństwo. W życiu bym nie powiedziała, byliśmy przez te 2 lata bardzo zaprzyjaźnieni i nigdy, nigdy nie widzieliśmy ani nie podejrzewaliśmy tego, co ona mi opowiadała. Ukrywali to, traktowali jako ich osobisty dramat, w który nie należy innych wdrażać. Najkrócej mówiąc – żyli w potwornej negatywności: on – alkoholik (dopiero po naszej wyprowadzce zaczął pić na umór), zapijał rozczarowanie życiem i fakt, że musiał zrezygnować z uprawiania wyczynowo sportu, bo się ożenił i musiał zarabiać na rodzinę. Ona – że ją uwiódł, zrobił dziecko, potem drugie, po czym ją unieszczęśliwił, źle ją traktuje, ona ma nerwicę, fobie (bała się wychodzić z domu), psychotropy nie pomagają i już jest uzależniona itp. Itd. W sumie to mało ważne, chodzi mi tylko o to, żeby pokazać, w jak potwornej negatywności żyli przez kilka ładnych lat.

Nie wiedziałam, jak mogę jej pomóc, co mogę zrobić, w sumie nie dopuszczała mnie do głosu, tyle żalu w niej było, żalu, którego chciała się pozbyć, bo w tej rodzinie działo się naprawdę źle. Zaczęłam jej opowiadać o życiu, o jego prawach, o tym, co negatywne, co pozytywne, no, pokrótce to, co opowiadam tu przy różnych okazjach. Także o tym, że samo to nasze życie tworzymy.

Ona mnie słuchała, twierdziła, że jak tak opowiadam na te tematy, ona zaczyna czuć spokój, dobrze jej to robi. Słuchała z zainteresowaniem, rozumiała, co mówię. Ale momentem przełomowym, w którym nie tylko rozumiała, ale naprawdę zdała sobie z tego sprawę, była jedna rozmowa.

Na temat tej wizyty kontrolnej w szpitalu. Ona panicznie się jej bała, bo, jak mówiła, czuła, że ma przerzuty.  Po operacji  i to w tym pierwszym roku miała już dwie „chemie” i to, czego bała się najbardziej, to właśnie kolejna. Zapytałam, dlaczego. Opowiedziała mi, jak potwornie się czuła w trakcie podawania tych toksyn i jeszcze na długo potem. Jak wymiotowała, traciła siły, miała wrażenie, że umiera, czuła się tak źle, że nie jest w stanie mi nawet opowiedzieć! W pewnym momencie przeprosiła mnie, i pobiegła do łazienki, tak silne torsje ją chwyciły. I podczas gdy ona „bratała się z kibelkiem”, mnie olśniło. Jak przyszła, zielona na twarzy, nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

- A kiedy miałaś tę ostatnią „chemię”?
- Dwa lata temu.
- I jak długo tak źle się czułaś?
- O, dobre 3 tygodnie, a potem słaba byłam jeszcze z miesiąc albo i dłużej.
- A teraz, po tych dwóch latach od tej „chemii” czujesz się dobrze?
- Tak, potem już wszystko było bardzo dobrze i dlatego tak bardzo się teraz boję, że tym razem będzie jeszcze gorzej. Zobacz, na samą myśl robi mi się niedobrze!
- No widzę. Ale teraz zastanów się, dlaczego tak zareagowałaś? Dlaczego poczułaś się nagle tak źle, jakbyś tę „chemię” dostawała. Przecież nic się nie dzieje, siedzę u Ciebie, rozmawiamy sobie, pijemy pyszną herbatkę, jest przyjemnie i nagle co, czujesz się, jakbyś tę „chemię” dostawała zamiast tej herbatki?...

Konsternacja…

- A wiesz, faktycznie… Ja tylko pomyślałam o niej, a te efekty same się we mnie pojawiły.
-Otóż to. Pomyślałaś. Ale też wczułaś się w to, czego tak bardzo się boisz. No i właśnie to sobie stworzyłaś. Sama. Jak to się ma do rzeczywistości, do tej przyjemnej wizyty dziś?...

Chwila ciszy…

- O wszyscy święci, więc to TAK działa!... To znaczy, że jak zmienię tok myślenia o tym, to i inne reakcje wywołam, zgodne z tym innym myśleniem!

Kiwnęłam głową, owszem. Kolejna chwila ciszy…

- O, matko… Ale to znaczy też, że tego raka to ja sobie sam stworzyłam na skutek tych wszystkich negatywnych myśli i uczuć!!!

No, nie da się ukryć… Owszem. Tak się kończy magazynowanie w sobie negatywności, negatywnych uczuć (jakikolwiek jest ich powód, on jest bez znaczenia). Ich naturą jest ruch, a jak je w sobie blokujemy i gromadzimy, nie pozwalamy przez nas przepływać i wychodzić z nas, same sobie szukają możliwości wyjścia i robią to właśnie poprzez ciało w postaci chorób. Zatem choroby są naszymi sojusznikami, bo informują nas o tym, co się z nami dzieje, motywują do poszerzania świadomości.

Wracając do mojej znajomej, ta rozmowa była decydująca, ona na własnym przykładzie zobaczyła, w jaki sposób tworzymy to, co myślimy i czujemy. To była dla niego informacja, dzięki której tak bardzo zmieniła swój sposób myślenia, pojęła, dlaczego przez tyle lat była taka nieszczęśliwa, dlaczego to, tamto, nagle wszystko stało się jasne. Poszła na te badania bez strachu, owszem, były przerzuty. Ale lekarze nie chcieli dać jej „chemii”, bo to by ją mogło zabić, miała kiepskie wyniki. Poprosiła, a w zasadzie wymogła na lekarzach zapisanie jej leków na poprawienie tych parametrów - zgodzili się, ale w dalszym ciągu nie wierzyli, że jej ta „chemia” pomoże.

I nadszedł dzień, kiedy pojechała do szpitala na badania i, w razie poprawy, od razu miała zostać na tę „chemię”. Tak też się stało, wyniki miała dobre, więc dostała kroplówkę. I tak była „nakręcona” tym swoim odkryciem, jak działają myśli, że nie miała nawet momentu zawahania. Płyn sączył się z kroplówki, a ona żartowała, śmiała się, była w doskonałym nastroju, lekarze dziwili  się i nawet żartowali sobie, że może ona zamiast tej „chemii” dostaje wódkę. A potem okazało się, że nie ma nawet zawrotów głowy, czuje się doskonale, podskakuje, ma mnóstwo sił, więc i nie było potrzeby zatrzymywać jej w szpitalu.

Cały czas do niej jeździłam, raz na tydzień, czasami dwa, dziewczyna zaczęła nowe życie. Badania kontrolne po tej „chemii” wykazały taki spadek markerów nowotworowych, że powtórzono badania, wręcz niemożliwe wydawało się, żeby w jej stanie, z tyloma przerzutami, mogła mieć tak dobre wyniki. A miała. I czuła się naprawdę doskonale.

W końcu po tych dwóch latach umarła, ale to już zupełnie „inna para kaloszy”, więc o tym teraz nie chcę mówić. W każdym razie faktem tu jest, że dzięki uświadomieniu sobie samej siebie w życiu, jak ono funkcjonuje itd., zmianie wzorców myślowych, dziewczyna podarowała sobie 2 lata naprawdę dobrego życia.

Dlatego, Marta, nie myśl, że nie potrafisz czegoś, że się nie uda, że nie warto itd. Bo w życiu jest dokładnie tak, jak myślimy, że jest (a za tymi myślami idą adekwatne uczucia, rzecz jasna). Wszystko zależy od naszego podejścia.


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#53 2018-10-22 17:52:16

martin1002
przyboczny
Zarejestrowany: 2014-02-23
Posty: 3284

Re: Serce przemawia

Podtrzymuję zdanie, którego nie wyraziłam po pierwszym Twoim poście: to tylko kwestia odpowiedniej hipnozy. Nic duchowego. Nic mistycznego.


anagami napełnia flakon łzami

Offline

 

#54 2018-10-22 19:00:34

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Marta, ale życie w całości JEST mistyczne i duchowe. Nie tylko w tej części, którą niektórzy uważają za duchową, czyli tę, która wykracza poza to tzw. zwykłe materialne życie. Trzeba patrzeć na całość, a nie tylko na jedną część, bo wtedy ta pomijana część "więdnie", nie rozwija się i hamuje rozwój duchowy generalnie.

Wydaje mi się, że wielu ludzi (bardzo możliwe, że Ty też) "zahipnotyzowało się" (zgodnie z Twoim określeniem) wiarą, że duchowość to coś, co jest oddzielone od materialnego życia. A to jest "błąd w założeniu"... A jak jest "błąd w założeniu", to i wynik fałszywy. A także mizerne efekty...

Wiesz, piszę te słowa do Twojego rozsądku, logiki. Ale nie liczę na to, że Cię przekonam. Nie udało mi się przekonać Sosana, CM-a w swoim czasie też nie, nikogo, kto też był zafascynowany filozofią Wschodu, więc i Ciebie też nie muszę. Ale rozważ to, naprawdę warto.


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#55 2018-10-22 19:39:00

martin1002
przyboczny
Zarejestrowany: 2014-02-23
Posty: 3284

Re: Serce przemawia

Tam, gdzie wszelkie myśli gasną, nie istnieje materia...


anagami napełnia flakon łzami

Offline

 

#56 2018-10-22 19:52:54

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Pani siebie nie boi, Pani będzie zadowolona, naprawdę złociutka, będzie zadowolona jedna taka


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#57 2018-10-23 05:27:48

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

martin1002 napisał(a):

Tam, gdzie wszelkie myśli gasną, nie istnieje materia...

A gdzie wszelkie myśli gasną?


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#58 2018-10-23 21:56:32

civilmonk
szlachetny gawędziarz
Zarejestrowany: 2010-04-19
Posty: 7855

Re: Serce przemawia

Jak to gdzie? W gaśnicy myśli przecież.


Happiness is peace in motion, peace is happiness at rest

Offline

 

#59 2018-10-24 05:36:40

Lidka
mentor
Zarejestrowany: 2010-02-15
Posty: 21446

Re: Serce przemawia

Czyli?... img/smilies/smile.

CM, Ty wiesz, o co mi chodzi. Poczekam na Martę. Choć będzie, jak będzie, nie mam oczekiwań. Ale może tym razem Marta zechce jednak pomyśleć i zrozumieć?... img/smilies/wink.


Pozdrawiam!

Lidka

Offline

 

#60 2018-10-24 18:10:57

martin1002
przyboczny
Zarejestrowany: 2014-02-23
Posty: 3284

Re: Serce przemawia

martin1002 napisał(a):

Tam, gdzie wszelkie myśli gasną, nie istnieje materia...

To stwierdzenie niesie za sobą bardzo poważne konsekwencje... co właściwie miałam na myśli, pisząc te słowa?

Nabrałam chęci na milczącą adorację własnego Ja. Tego bezpostaciowego, mistyczną kontemplację Najświętszego Serca. Dlatego stwierdziłam, że muszę przerwać dalsze pisanie na forum.
http://www.cosgan.de/images/midi/konfus/g035


Spuszczam się wgłąb siebie, chwilowo nie interesuje mnie kontakt ze światem zewnętrznym. Ale jak już mnie prowokujecie, żeby coś napisać, to napiszę.


anagami napełnia flakon łzami

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo