Ogłoszenie

MĘDRZEC POTRAFI UCZYĆ SIĘ NAWET OD GŁUPCA. GŁUPIEC NIE UCZY SIĘ NIGDY


"Zapalcie swoje świece dobra i mądrości i zarażajcie innych tym, co jest najważniejsze."
Krzysztof K.

#1 2012-09-08 19:50:33

Mezamir
Gość

Kultura Indian Ameryki północnej i południowej

Kto swą wiedzę o Indianach czerpie jedynie z książek Karola Maya i filmów o Dzikim Zachodzie, ten nie zna ich naprawdę.
Przed przybyciem białych w Ameryce żyło kilkaset plemion indiańskich; o większości z nich w Europie nie słyszano.
Już od tysięcy lat pierwotni mieszkańcy kontynentu amerykańskiego polowali na bizony, wyprawiali się na morze w pogoni za wielorybami, uprawiali ziemię i budowali wielopiętrowe domy z kamienia.
Religia nakazywała im harmonijne współistnienie z siłami natury, niebem i ziemią, zwierzętami i roślinami. Gdy w XVI wieku biali ludzie podbili i skolonizowali Amerykę, równowaga ta została zachwiana.
Wprawdzie dzięki sprowadzonym z Europy koniom na preriach mogły powstać nowe kultury, jednak szkód było więcej: choroby przywleczone przez przybyszów z Europy dziesiątkowały ludność całych wiosek.
Biali żądali wciąż nowych terenów, a nierzadko odbierali je Indianom siłą.
W końcu pierwotnym mieszkańcom Ameryki pozostawiono tylko rezerwaty.

Życie codzienne Indian

Co to jest klan?

Dziecko dorastające wśród myśliwskich plemion Subarktyki miało wielu krewnych - wujów, ciotki i kuzynów.
Było związane nie tylko z rodzicami i rodzeństwem swojego ojca, lecz także matki.
Taki system społeczny ma tę zaletę, że w ciężkich czasach rodzice i ich dzieci mogą oczekiwać pomocy od krewnych z obu rodzin.
W surowych warunkach Północy mężczyźni byli znacznie bardziej narażeni na niebezpieczeństwa niż kobiety, które nie musiały polować. Dlatego też wśród tamtejszych plemion było bardzo wiele wdów.
Mężczyźni troszczyli się nie tylko o własne żony i dzieci, lecz także o kuzynki, dalekie krewne i ich potomstwo.
Jeśli podczas utarczki lub polowania ginął jeden z mężczyzn, winny jego śmierci nierzadko musiał ożenić się z wdową po nim, aby zapewnić jej i dzieciom byt. Na południu Kalifornii, w plemieniu Serrano i sąsiednich, dzieci niemal nie znały krewnych matki.
Chłopiec poznawał myśliwski rewir ojca, u którego mieszkał nadal, nawet gdy się ożenił.
Żona opuszczała własną rodzinę i sprowadzała się do męża.
Mężczyźni wywodzący się od wspólnego przodka tworzyli ród, a wraz ze swoimi żonami - klan.
Często wierzyli, że ich przodek był blisko spokrewniony ze zwierzęciem lub sam był zwierzęciem - nosił on miano totemu.
W plemieniu Serrano można było należeć do klanu Kojotów lub Dzikich Kotów.
Chłopak z klanu Kojotów musiał wziąć za żonę dziewczynę z klanu Dzikich Kotów.
Jednak większość Indian uznawała pokrewieństwo tylko w linii matki.
Taki system nazywamy matrylinearnym.
Tak było w wypadku plemion osiadłych - Irokezów i Huron z Północnego Wschodu,
Hopi i Zuni z Południowego Zachodu oraz Mandan i Hidatsa zamieszkujących Prerie.
U Irokezów dzieci należały do rodu matki.
Ojciec miał niewielki wpływ na wychowanie swoich synów, zajmował się tym brat ich matki.
W jednym domu mieszkało do 20 rodzin - babka z zamężnymi córkami i ich rodzinami oraz siostry babki ze swoimi potomkami.
Wiele rodzin tworzyło jeden klan, któremu przewodziła kobieta.
Każdy klan nosił imię zwierzęcia, odgrywającego ważną rolę w jego powstaniu - mógł to być wilk, niedźwiedź, żółw, bóbr czy czapla. Podczas wojen i potyczek wojownicy malowali na swych ciałach wizerunek „patrona".
Przynależność do danego klanu podkreślano także w czasachpokoju, na przykład przy okazji tak popularnych wśród Irokezów gier sportowych. Kilka klanów tworzyło plemię.
Dom, ziemia i plony były własnością kobiet.
One odpowiadały za zasiewy, żniwa i zapasy żywności.
Gdy trzeba było karczować las pod nowe pole, do pracy zabierali się mężczyźni.
Tak jak w czasie wojny zabijali ludzi, tak i „zabijanie" drzew należało do ich obowiązków.
Każdy klan posiadał swoją przywódczynię oraz wybieranego przez kobiety wodza.
Wspólnie łagodzili oni kłótnie, rozwiązywali spory i organizowali ważniejsze święta.
Wodzowie wszystkich klanów tworzyli radę plemienną.
Zasiadali w niej ponadto szczególnie zasłużeni wojownicy, tzw. wodzowie pokoju, czyli Pine Tree Chiefs.
Wprawdzie mężczyźni jako wodzowie reprezentowali plemiona na zewnątrz, byli jednak odpowiedzialni przed kobietami.
Mężczyźni nie mogli prowadzić wojen bez aprobaty swoich matek i ciotek. Matka mogła nawet zabronić synowi udziału w wyprawie wojennej.

Jak Indianie wychowywali dzieci?

W plemionach o strukturze klanowej mężczyznom nie wolno było żenić sie z kobietami pochodzącymi z ich własnego klanu,
poza tym mieli wolny wybór. Gdy Sioux ubiegał się o rękę dziewczyny, ofiarowywał jej kilka koni.
Jeśli wybranka prowadziła je do wodopoju, oznaczało to, że przyzwala na małżeństwo.
Pan młody miał zazwyczaj 17 lat, panna młoda była o dwa lata młodsza.
Ślub rozpoczynano wspaniałą ucztą, później nowożeńcy wprowadzali się do nowego tipi.
Dzieci wiodły u rodziców raczej beztroski żywot, bowiem ci zamiast połajanek stosowali raczej perswazję.
Już od małego polecano dzieciom naśladować dorosłych i pomagać im.
Gdy matka przygotowywała skórę do garbowania, córka małą skrobaczką pomagała jej najlepiej jak umiała.
Gdy matka przynosiła wodę, córce wręczano mały bukłak.
Kiedy dziewczyna szyła swoje pierwsze mokasyny, chłopak zaś po raz pierwszy strzelał z łuku, urządzano święto.
Rodzice uczyli dzieci szacunku dla innych i wielkoduszności - ojciec wysyłał je na przykład z kawałkiem mięsa w podarunku do biedniejszego lub chorego sąsiada. W ten sposób młodzi Indianie uczyli się dzielić z innymi.
Sioux i członkowie innych plemion z Równin mieli w zwyczaju karcić dzieci świerkowymi gałązkami.
Nie była to jednak kara, ponieważ Indianie rzadko bili dzieci. Chłopcy uczyli się raczej, jak panować nad bólem.
W środku zimy urządzali np. kąpiele w lodowatej rzece.
Aby w przyszłości zasłużyć na miano dzielnych wojowników, już za młodu uczyli się znosić głód, pragnienie, chłód i upały.

Czy Indianie uprawiali sport?

Podczas zabaw dzieci uczyły się wszystkiego, co w przyszłości musiały umieć jako ludzie dorośli.
Młodzi Sioux ćwiczyli strzelanie z łuku.
Gdy tylko nauczyli się jeździć konno, pozorowali atak, próbując wzajemnie zrzucić się z konia.
Podczas zabawy w polowanie jeden z chłopców przebierał się za bizona. Zadaniem innych było jego osaczenie lub „zabicie".
Wielką popularnością cieszyło się wszelkie współzawodnictwo. Dziewczynki trenowały bieganie, by podczas wrogiego ataku na obozowisko nie dać się pojmać.
Chętnie bawiły się też lalkami, pieczołowicie wykonanymi ze słomy, drewna czy skóry.
Gdy podczas wspólnego świętowania spotkały się ze sobą plemiona z Równin, zawsze urządzano zawody jeździeckie.
Widzowie zakładali się, czyj rumak jako pierwszy przebiegnie linię mety.
Właściciele często niepozornych, lecz niezwykle szybkich koni mogli liczyć w razie wygranej na zebranie wielu trofeów i zyskanie dużego uznania. Kto jednak przez długi czas obstawiał niewłaściwego konia, mógł stracić majątek w ciągu kilku dni.
Na Południowym Wschodzie chętnie grano w piłkę, którą Francuzi nazywali lacrosse.
Cherokee rezerwowali ten rodzaj rozrywki tylko na okazje religijne.
Naprzeciw siebie stawały dwie drużyny symbolizujące dwie części wioski.
Każda grupa próbowała za pomocą dwóch rakiet, podobnych do tenisowych, trafić skórzaną piłką do tarczy przeciwnika.
Gra ręką była surowo zabroniona. Na boisku mogło walczyć jednorazowo nawet 200 graczy.
Podczas długich zimowych nocy, gdy na dworze było ciemno i zimno, spędzano czas na rozlicznych zgadywankach.
Gracz z plemienia Blackfoot chował pomalowany kawałek drewna, a zadaniem innych było odgadnięcie, w której ręce go ukrył.
Sporo rozrywki dostarczała Indianom gra w kości.
Wytwarzano je z kamienia lub kości zwierząt, pestek brzoskwini lub śliwki, drewna lub korzeni.
Znano bardzo wiele rodzajów gier.
Wieczorami do głosu dopuszczano gawędziarzy opowiadających baśnie i legendy o powstaniu świata, zwierząt i ludzi.
Dziadkowie opowiadali wnukom, dlaczego klan Wilków ma totem przedstawiający wilka, skąd biorą się grzmoty burzy albo dlaczego orzeł jest świętym ptakiem.

Jakie przedmioty wytwarzali indiańscy rzemieślnicy?

W zimie plemiona z Północno-Zachodniego Wybrzeża korzystali z wolnego czasu, rzeźbiąc w drewnie rozmaite przedmioty - przepiękne malowane maski, kubki, talerze i inne rzeczy potrzebne w gospodarstwie domowym.
Natura dostarczała drewna w nadmiarze, dlatego większość przedmiotów wytwarzano właśnie z tego materiału.
Indianie wykonywali z drewna nawet szczelne skrzynie służące do przechowywania tranu lub gotowania go na gorących kamieniach. Rzemieślnik ciosał z drewna cienkie ścianki, następnie podgrzewał je nad parą i wyginał, nadając im kształt czworoboku.
Tak powstałą ramę osadzano na drewnianej podstawie.
Proste narzędzia używane przez Indian do produkcji przedmiotów z drewna były wykonywane z kamienia, kości i muszli.
Rzeźbieniem przedmiotów z drewna zajmowali się mężczyźni, zadaniem kobiet było tkanie i przędzenie.
W zimie potrzebne były ciepłe koce z miękkiego cedrowego łyka i wełny kozic górskich lub psów.
Indianie Chilikat należący do plemienia Tlingit słynęli z produkcji najpiękniejszych i najcenniejszych okryć, które nosili tylko wodzowie. Miały one kształt pięciokątów, były ozdobione frędzlami i barwione na kolor biały, żółty, niebieski lub czarny.
Mężczyźni malowali wzór na desce, później kobiety przenosiły go na tkaninę.
Praca nad oryginalnym kocem chilikat trwała kilka miesięcy.
Był on raczej pleciony niż tkany, bowiem długie włókna przymocowano do ramy tylko w jednym miejscu, u góry.
Pomiędzy nie, bez użycia czółenka tkackiego, wplatano poprzeczne włókna.
W powszechnym użyciu wśród Indian Północno-Zachodniego Wybrzeża były ozdobne kapelusze
i szczelne kosze wyplatane z korzeni roślin, łyka, trzcin i sitowia.
Najpiękniejsze kosze w całej Ameryce Północnej wyplatali Indianie kalifornijscy.
Kobiety z plemienia Pomo nadawały im kształt lejków lub dzwonków.
Wzory geometryczne i skomplikowane zdobienia z muszli i kolorowych piór sprawiały, że kosze te nadawały się na kosztowne prezenty.
Wzory, jakimi przyozdabiano nakrycia głowy, maty czy talerze były w każdym plemieniu inne.
Prawdziwe tkactwo z wykorzystaniem krosien było sztuką, którą w całej Ameryce Północnej posiedli tylko Indianie z Południowego Zachodu. W plemieniu Pueblo zajęciem tym trudnili się mężczyźni, u Navaho z kolei - kobiety.

Navaho nauczyli się w przeszłości od Pueblo wyrobu tkaniny z bawełny. Gdy Hiszpanie przywieźli do Ameryki owce,
Navaho wykorzystywali ich wełnę do tkania koców zdobionych geometrycznymi wzorami.
Przykrywali się nimi podczas snu, okrywali ramiona lub wieszali w wejściach do tipi.
Pueblo słynęli z wyrobu naczyń glinianych.
Każda wioska, także dzisiaj, ma swoją własną tradycję ich wyrobu, własne wzory i charakterystyczne kolory.
Podstawowym materiałem jest glina, z której garncarka formuje wałki, a następnie nakłada je na siebie spiralnie i wygładza. Początkowo Indianie nie znali koła garncarskiego, ponieważ w czasach przed przybyciem Europejczyków koło w ogóle nie było znane w Ameryce.
Po wypaleniu kobiety malowały naczynia na różne kolory, ozdabiały je wizerunkami ptaków i jeleni, a także wzorami geometrycznymi. Zdobiono również skórę używaną jako odzież lub pokrycie namiotów.
Tipi malowano na różne kolory, spodnie i koszule ozdabiano muszelkami, piórami, zębami zwierząt, kolorowymi szklanymi paciorkami czy kosztownymi futerkami gronostajów.
Rozpowszechniony był także zwyczaj przyozdabiania skór barwionymi kolcami jeżozwierzy.
Huron, Cree i Ojibwa wyszywali na ubraniach wzory liści, kwiatów i pączków roślin.

Jak Indianie porozumiewali się między sobą?

Medium o niepowtarzalnym charakterze były skóry bizonów.
Na gładkiej, wyprawionej stronie wodzowie Sioux i Kiowa uwieczniali pismem obrazkowym wydarzenia historyczne.
Każdej zimy zapisywano w ten sposób jakieś ważne zdarzenie.
Znak przedstawiający ślady bizona przed tipi należało odczytywać jako informację o tak wielkiej obfitości zwierząt, że podchodziły aż do namiotów.
Głowa lub tułów usiany kropkami oznaczał epidemię ospy.
Na jednej skórze zapisywano wydarzenia z ostatnich pięćdziesięciu lub nawet stu lat.
Dzięki tym zapisom dziadkowie i ojcowie przekazywali młodszym pokoleniom historię plemienia.
Swoisty rodzaj kroniki dziejów znali też Irokezi i sąsiednie plemiona.
W chwili zawierania ważnych porozumień wymieniali między sobą specjalne pasy, tak zwane wampumy.
Stanowiły one rodzaj metryki, której każdy szczep pieczołowicie strzegł.
Z kolorów i przedstawionych motywów wodzowie odczytywali, czy plemieniu wypowiadano wojnę, czy oferowano pokój.
Wampum składał się z białych i fioletowych paciorków, wykonanych z konch ślimaków i małży.
Przed przybyciem Europejczyków Indianie nie znali pisma opartego na alfabecie.
Jedno z plemion Południowego Wschodu poznało je dopiero po roku 1820. Pismo to stworzył Cherokee Seguoya (1760-1843),
żyjący na terenie dzisiejszego stanu Tennessee. Wkrótce wszyscy członkowie plemienia potrafili czytać i pisać.
W języku tym wydano Nowy Testament oraz gazetę „Cherokee Phoenix". W kontaktach między plemionami, których języki nie były pokrewne, wykorzystywano mowę gestów.
Ponad sto różnych gestów dłoni, rąk i ruchów głowy wyrażało najważniejsze treści - pochodzenie, cel podróży, udane polowanie itd. Oczywiście znaki te nie były wszędzie jednakowe, zależnie od regionu i języka zmieniało się ich znaczenie lub przybywały całkiem nowe.
Językiem gestów, rozumianym przez wiele plemion, posługiwali się także traperzy, polujący na zwierzęta futerkowe.
Oprócz tego Indianie komunikowali się za pomocą sygnałów, na trawiastych równinach były nimi ogień i dym.
Dzięki tym znakom Indianie mogli na bardzo duże odległości przekazywać informacje o zbliżającym się wrogu lub pojawieniu się stad bizonów. Czasami, w pewnych określonych odległościach wykładano padlinę przyciągając w ten sposób żywiące się nią ptaki drapieżne - kondory i sępy ścierwniki, które latają bardzo wysoko, są więc widoczne już z daleka.

Kto to był Manitu?

Każdego ranka Indianie witali z czcią wschodzące słońce. Będąc źródłem światła, życia i ciepła stanowiło ono część siły nadprzyrodzonej, zwanej przez Algonkinów Manitu, a przez Sioux Wakan. Mianem Manitu określano także niektóre zwierzęta, rośliny, a nawet kamienie, gwiazdy, błyskawice i grzmoty. Manitu i Wakan to były również wszelkie siły mogące zagrozić człowiekowi.
By udobruchać Manitu, trzeba było składać mu ofiary. Niekiedy o Manitu zwykło się mówić „najwyższa istota", łącząc indiańskie wyobrażenia o bogu z chrześcijańskimi.
W Subarktyce, gdzie łowcy częstokroć powracali z polowań z pustymi rękami i cierpieli głód, Indianie wierzyli także w złe duchy. Wśród wielu plemion myśliwskich była rozpowszechniona wiara w osobiste duchy opiekuńcze.
Chłopcy i dziewczęta z zamieszkującego prerię plemienia Pawnee uczyli się jak pozyskać własnego ducha-opiekuna.
W tym celu młody człowiek spędzał w samotności poza obozem wiele dni.
Pościł cierpliwie, aż wreszcie doznawał wizji, w której ukazywał mu się kruk, wilk, orzeł lub bóbr.
Odtąd zwierzę to pomagało mu w polowaniach, w razie choroby lub nieszczęścia, a umówione zawołanie lub melodia przywoływały opiekuńczego ducha zaklętego w postać zwierzęcia.
Duch polecał młodemu Indianinowi zbieranie przedmiotów, które później nabierały szczególnej mocy - piór, zębów czy ptasich szponów. Były one przechowywane przez całe życie Indianina w jego własnym woreczku z lekami.
Nikt obcy nie mógł sobie tego woreczka przywłaszczyć czy choćby otworzyć.
Nad szamanami i czarownikami, znawcami sztuki medycznej, opiekę sprawował duch szczególnie potężny - niedźwiedź.
Dzięki jego pomocy szamani mogli dokonywać nadzwyczajnych czynów, np. wabić zwierzynę łowną lub zaklinać pogodę.

Jak Indianie leczyli choroby?

Najważniejszym zadaniem czarownika było leczenie współplemieńców.
U Comanche czarownik dokonywał tego publicznie podczas specjalnej ceremonii.
Bił w bęben tak długo, aż wpadał w trans, a jego duch odrywał się od ciała.
Teraz mógł prosić duchy o pomoc. Rzekomo wysysał z ciała pacjenta przedmiot będący przyczyną choroby - kamień lub drzazgę - przywracając w ten sposób choremu wiarę w wyzdrowienie.
Niekiedy członkowie plemienia, nad którymi opiekę sprawował ten sam duch tworzyli wspólnotę, np. u Irokezów - bractwo „Fałszywych Twarzy". Jego członkowie uczyli się, jak pomagać chorym.
Podczas ceremonii uzdrowiciel przemieniał się w „fałszywą twarz" nakładając maskę o zniekształconych rysach.
Ponieważ chory poznawał w ten sposób tajemnicę związku, musiał stać się jego członkiem.
Navaho zamieszkujący Południowy Zachód leczyli także śpiewem. Podczas śpiewania odpowiednich pieśni czarownik i jego pomocnik rysowali na ziemi obraz. Za pomocą kolorowego piasku przedstawiali góry, błyskawice, święte rośliny
i przede wszystkim święte istoty. Potem chory siadał na tym obrazie, by nawiązać bezpośredni kontakt ze świętymi istotami, których magiczna moc miała go uleczyć. Wraz z zachodem słońca obraz należało zniszczyć.
Wszyscy Indianie w Ameryce Północnej przywiązywali wielką wagę do czystości, Nie tylko chorzy, ale i w pełni zdrowia korzystali z pomieszczeń przypominających dzisiejsze sauny, by oczyścić swe ciało i duszę.

Co to jest kachina?

Sąsiedzi Navaho, Hopi, nie wierzyli w duchy opiekuńcze przybierające postać zwierząt.
Nie byli przecież myśliwymi, lecz zajmowali się uprawą kukurydzy, dyni i fasoli, aby plony były obfite, niezbędny był deszcz.
W czasie uroczystych ceremonii Indianie Hopi zwracali się więc do kachina.
Były to duchy zmarłych przodków, zwierząt, a także roślin, kamieni i gwiazd.
Żyły w podziemnym świecie i pośredniczyły pomiędzy ludźmi a siłami nadprzyrodzonymi rządzącymi słońcem, deszczem i plonami. Kachina można prawdopodobnie porównać z naszymi świętymi, do których wierzący zwracają się o opiekę i pomoc.
Hopi odróżniali około 300 różnych kachina po ich kolorze, kształcie i ozdobach.
Dzieciom, by nauczyły się rozróżniać kachina, ofiarowywano figurki, które wieszano następnie w chatach, by stale miały je przed oczami.
Te małe drewniane posążki, tak jak ich większe pierwowzory, były kolorowo malowane i ozdabiane włosami, rogami i kawałkami futer. Rolę kachina odgrywali dorośli mężczyźni przebrani w specjalne stroje.
Tworzyli oni wiele stowarzyszeń, do których kobiety nie miały wstępu.
Podczas uroczystości mężczyźni zbierali się w podziemnych kiva.
Tam przekazywali tajemną wiedzę dorastającym chłopcom.
Gdy chłopiec miał 10 lub 12 lat, stawał się członkiem związku i uchodził tym samym za dorosłego. Odtąd podczas wielkich uroczystości mógł nosić maskę i strój kachina, przeistaczając się w ten sposób w istotę duchową. Każdy kachina miał swoje własne tańce, pieśni i typowe gesty. Niektóre święta trwały nawet dwa tygodnie, ale tylko ostatniego dnia kachina tańczył w wiosce, pokazując się także kobietom.
Indianie Hopi strzegą swej tajemnej wiedzy o kachina aż do dzisiaj, a na wielkie uroczystości do rodzinnej wioski zjeżdżają także członkowie plemienia pracujący na co dzień w mieście. Wciąż rzeźbi się nowe figury kachina, jednak wiele z nich pełni obecnie wyłącznie rolę pamiątki dla turystów.

Dlaczego Indianie umartwiali się podczas Tańca Słońca?

Najważniejszym obrzędem wielu plemion zamieszkujących Równiny był Taniec Słońca.
Aby go odbyć, Cheyenne zbierali się w lecie całym plemieniem w jednym miejscu.
Dzięki Tańcowi Słońca miały się odrodzić niebo i ziemia, a wraz z nimi wszystkie stworzenia, księżyc, gwiazdy, błyskawice, grzmoty i tęcza.
W tańcu Cheyenne zdobywali też nowe siły witalne.
Przed rozpoczęciem uroczystości budowano specjalną konstrukcję drewnianą z otwartym dachem, wspierającą się na umieszczonym pośrodku pniu, który łączył symbolicznie niebo i ziemię.
Wokół niego mężczyźni tańczyli bez przerwy przez cztery dni, nic nie jedząc i nie pijąc. Malowali ciała i ozdabiali je symbolami religijnymi.
Bębny i grzechotki wybijały rytm.
Tańczący kierowali oczy ku niebu wpadając w trans, w czasie którego zbliżali się do Najwyższej Istoty wznosząc modły o opiekę i pomoc dla całego plemienia.
Najodważniejsi mężczyźni, przede wszystkim wojownicy, poddawali się najcięższej próbie.
Na piersiach i plecach nacinali sobie w dwóch miejscach skórę i przewlekali przez nią rzemienie.
Ich końce przywiązywano do pnia, dzięki czemu tańczący złączony był ze „środkiem świata".
Powoli, kołysząc się i drepcząc w miejscu wojownik tańczył wiele godzin, aż z bólu jawiły mu się wizje i wstępowały weń magiczne siły. Tańczono, dopóki rzemienie nie rozerwały skóry; zaleczone rany były oznaką najwyższej odwagi.
Również dzisiaj Indianie zbierają się, by odbyć Taniec Słońca. Dają tym dowód, że ich kultura jest wciąż żywa.

Kiedy Indianie palili fajkę pokoju?

Prawdopodobnie palenie tytoniu było przejawem czci oddawanej Słońcu.
Gdy wódz plemienia Crow palił fajkę, zwracał ją najpierw ku słońcu - dawcy wszelkiego życia, a potem ku ziemi.
Dym wypuszczał uroczyście we wszystkie cztery strony świata, a na końcu także w kierunku swego ciała.
Dzięki temu powstawała więź między nim a kosmosem. Później fajkę podawano z ust do ust.
Crow i Blackfoot uprawiali nawet tytoń, jednak przywilej sadzenia i zbierania świętej rośliny był zastrzeżony tylko dla niektórych członków plemienia. Tytoń był w Ameryce Północnej rośliną bardzo rozpowszechnioną.
Mężczyźni z plemienia Ojibwa zbierali liście dziko rosnących roślin i mieszali je ze zmiażdżoną korą wierzby.
Inni Indianie wykorzystywali suszone liście mącznicy lekarskiej lub sumaka.
Te bardzo różne mieszanki tytoniu nosiły ogólną nazwę kinnikinnik i były używane do zwykłych fajek. Podczas ważnych uroczystości sięgano po kalumet, kilka pomalowanych i przyozdobionych piórami pałeczek, które także mogły służyć jako fajka. Zabarwiony na niebiesko lub zielono kalumet symbolizował przeciwieństwa: ziemi i nieba, wojny i pokoju, dnia i nocy, słońca i księżyca, męskości i kobiecości.
Głowa fajki była najczęściej wykonana z czerwonej glinki wydobywanej w kamieniołomach w Minnesocie.
Świeżo wydobyte łupki dawały się łatwo ciąć, przewiercać i piłować. Sztukę wyrabiania fajek posiadło niewielu specjalistów.
Drewniane cybuchy ozdabiano piórami orłów, perłami lub ludzkimi włosami.
Palenie kalumetu było czynnością świętą, podczas której nawiązywano kontakt z duchami.
Czarownik palił go podczas leczenia chorego, wódz przed polowaniem, a ojciec rodziny - gdy adoptował dziecko.
Jeśli posłaniec przekazywał plemieniu kalumet pomalowany na czerwono i ozdobiony czerwonymi piórami. znaczyło to, że wypowiada wojnę.
Gdy plemiona zawierały pokój, ich wodzowie palili wspólnie fajkę - stąd pojęcie „fajki pokoju''.
Gdy nie prowadzono wojny, kalumet miał barwę niebieską i był ozdobiony piórami samicy orła.
Fajka mogła przywracać pokój nawet podczas sporów sądowych, na przykład w wypadku posądzenia o kradzież.
Jeśli oskarżony przysięgał na świętą fajkę, że jest niewinny - wszyscy mu wierzyli.
Dzięki tytoniowi zatem miedzy człowiekiem a siłami nadprzyrodzonymi oraz pomiędzy samymi ludźmi panowała harmonia.

Co to jest Kraina Wiecznych Łowów?

Kalumet był jednym z niewielu cennych przedmiotów, stanowiących własność mężczyzny.
Zmarłego z plemienia Mandan ubierano w najlepszy strój oraz wyposażano w broń, atrybuty roli, jaką pełnił w plemieniu, a także w fajkę pokoju. Tak jak większość plemion zamieszkujących Prerie, Mandan chowali swoich zmarłych na drewnianych rusztowa niach, a w lesistych okolicach również na platformach umieszczonych w koronach drzew.
Gdy rusztowanie rozpadało się, kości zmarłego grzebano w ziemi.
Indianie kalifornijscy palili zwłoki swoich zmarłych, Hopi z Południowego Zachodu zawijali zmarłych w koce i składali do ziemnego grobu lub głębokiej skalnej rozpadliny.
Niemal wszystkie plemiona wierzyły w życie pozagrobowe.
Zamieszkujący równiny Cheyenne byli przekonani, że dusze zmarłych odłączają się od ciała, by Mleczną Drogą podążyć ku Krainie Wielkiego Ducha, gdzie wiodły szczęśliwy żywot.
Życie w Krainie Szczęśliwych Łowów przypominało to, jakie zmarli wiedli na Ziemi - dusze mieszkały w chatach lub namiotach, wyruszały także na polowania i wyprawy.
Dopiero biali nadali królestwu zmarłych nazwę Krainy Wiecznych Łowów, mimo że Indianie nie znali pojęcia wieczności.
Wedle ich wierzeń nawet po śmierci dusza nie żyła wiecznie - odradzała się w ciele dziecka lub umierała, najpóźniej wtedy, gdy nikt z żyjących nie pamiętał już zmarłego.
Droga ku wieczności mogła być jednak pełna niebezpieczeństw.
Indianie Pawnee wierzyli, że aby dostać się do Krainy Szczęśliwych Łowów zmarły musi przejść po śliskim pniu na drugą stronę rzeki. Jeśli miał spokojną śmierć, przebywał rzekę bez kłopotu, w innym wypadku mógł ześliznąć się z pnia.
Irokezi byli przekonani, że duchy zmarłych przebywają przez pewien czas jako cienie w pobliżu żyjących i obserwują ich poczynania. W maju kobiety wyprawiały święto zmarłych. Wygłaszano uroczyste mowy: mężczyźni i kobiety tańczyli na zmianę przez całą noc aż do białego rana. O północy członkowie stowarzyszenia Ogive (śpiewaków pogrzebowych) palili liście tytoniu prosząc duchy zmarłych o wsparcie żyjących w ich codziennych zmaganiach.

Wodzowie i królowie

Jakie cechy musiał mieć wódz plemienia?

Indianie zamieszkujący Subarktykę - Cree i Naskapi - wędrowali małymi grupami i obywali się bez wodza.
O tym, gdzie najlepiej zorganizować polowanie, decydował najstarszy i najbardziej doświadczony myśliwy, za którym podążała cała rodzina. Funkcja przywódcy nie była dziedziczna, aby na nią zasłużyć, trzeba było wykazać się męstwem i licznymi uzdolnieniami. Wódz cieszył się powszechnym poważaniem i szacunkiem.
Znajdował posłuch wśród wszystkich członków plemienia.
Również Shoshone zamieszkujący Wielką Kotlinę prowadzili koczowniczy tryb życia zbierając korzenie i owoce.
Jesienią rody wspólnie polowały na króliki. Nagonkę prowadził przywódca polowania, który potem rozdzielał także zdobycz.
Według jego wskazówek Shoshone na długości 100 metrów rozstawiali sieci, w które naganiali króliki.
Gdy polowanie dobiegło końca, jego przywódca tracił swoją władzę.

Plemiona żyjące na Równinach, np. Blackfoot i Crow miały stałych wodzów.
Wodzem Blackfoot mógł zostać tylko doświadczony myśliwy i wojownik. Dbał on o pokój wśród członków rodu i troszczył się o to, by nie zagroził im głód. W czasie zbrojnych wystąpień Cheyenne przewodzi wódz, którego władza ustawała zaraz po zakończeniu wojny.
Wówczas wszelkie decyzje ponownie podejmował wódz sprawujący władzę w czasie pokoju. W plemieniu liczącym cztery tysiące osób było czterdziestu czterech wodzów.
Wybierała ich na dziesięć lat rada wodzów.
Najważniejszą rolę odgrywało pięciu kapłanów; nieco niżej w hierarchii znajdowali się dwaj odźwierni i trzydziestu siedmiu wodzów zwyczajnych. Każdy z nich, niczym ojciec rodziny, musiał troszczyć się o swoich podopiecznych, pomagać biednym i łagodzić spory. Dobry wódz musiał być prawdomówny, sprawiedliwy, szczodry i stanowić dla wszystkich wzór godny naśladowania.
Każdego lata wodzowie spotykali się, by obradować o ważnych sprawach - podejmowano decyzje o wojnie lub pokoju z wrogim plemieniem lub o rodzaju kary dla złoczyńców. Najpierw głos zabierali najstarsi i najbardziej doświadczeni wodzowie, potem mogli mówić młodsi. Nikomu nie wolno było przerywać, każdej zaś opinii należało wysłuchać z uwagą, nawet jeśli było się odmiennego zdania.

Czy Indianie mieli także królów?

Na Południowym Wschodzie, w dzisiejszym stanie Missisipi, żyło plemię Natchez rządzone przez władcę absolutnego.
Indianie Natchez uprawiali przede wszystkim kukurydzę i bataty, łowili ryby, a ich przysmakiem było mięso pieczone na wolnym ogniu. O ich sposobie życia świadczą wznoszone pieczołowicie i zachowane do dzisiaj kopce, zwane mounds.
Na ich płaskich wierzchołkach stał dom „Wielkiego Słońca".
Tak nazywał się władca czczony niczym król, będący najwyższym kapłanem i bratem słońca. Każde królestwo liczyło wiele miast podporządkowanych stolicy, w których znajdowały się jeden lub dwa mounds.
Podczas uroczystych świąt „Wielkie Słonce" pokazywał się odziany w kunsztowny płaszcz z piór i ze wspaniałym pióropuszem na głowie. Zwykli śmiertelnicy zbliżali się do niego oddając należną mu cześć. Służba nosiła króla w lektyce, bowiem „Słońce" nigdy nie mógł dotknąć ziemi.
Lud czcił swego króla jak Boga, a gdy umierał, śmierć dosięgała także jego żonę, służbę i osobistego lekarza. Tradycja nakazywała dziedziczenie władzy siostrzeńcowi, czyli synowi najstarszej siostry króla.
Podobnie jak u Irokezów, rodzinę tworzyły tylko osoby spokrewnione w linii matek i sióstr. Społeczność Natchez była podzielona na klasy. Poniżej „Słońc" w hierarchii znajdowały się dwie grupy szlachty: „Szlachetni" byli dalekimi krewnymi króla, „Czcigodni" stanowili niższą klasę szlachecką.
Prosty lud tworzył zaś warstwę gminu, a jego członkowie byli określani mianem „Śmierdzących". Na samym dole społecznej hierarchii znajdowali się niewolnicy, będący najczęściej jeńcami wojennymi. Klasy te nie były jednak od siebie odseparowane - ich członkowie musieli zawierać między sobą związki małżeńskie. Wszystkie kobiety spośród „Szlachetnych" wychodziły za mąż za „Śmierdzących'', a ich dzieci należały do klasy matki. Mężczyźni „Szlachetni" żenili się z kobietami z grupy „Śmierdzących", jednak ich potomkowie tracili prawo do tytułu szlacheckiego. Jeśli ojciec był „Słońcem", a matka pochodziła z gminu, dziecko należało do klasy „Szlachetnych".
Matką „Słońca" zawsze było „Słonce", ojcem zaś "„Śmierdzący".

Jaką rolę spełniał Taniec Duchów?

Gdy szykany białych stały się nie do zniesienia, Indianie zaczęli szukać ucieczki w religii.
Od 1870 roku powstawały nowe prądy religijne o zabarwieniu chrześcijańskim, niosące nadzieję ciemiężonym Indianom. Pojawiali się różni prorocy, wśród nich Wovoka z plemienia Paiute w Newadzie, który w 1888 roku doznał objawienia.
Pod jego wpływem nakazał Indianom regularnie tańczyć przez cztery dni bez przerwy.
Potem obiecywał zstąpienie na Ziemię Syna Bożego, który wypędzi białych ludzi.
Na prerię miały powrócić niezliczone stada bizonów, a wokół miał powstać nowy, lepszy świat. Wovoka wyznaczył 11 apostołów, którzy
mieli głosić jego naukę innym plemionom oraz zabronił używania wszelkich przedmiotów pochodzących od białych. Indianie rzeczywiście porzucili karabiny, przestali pić alkohol i co sześć tygodni odbywali Taniec Duchów.
Coraz więcej plemion zaczynało wyznawać nową wiarę, wśród nich Sioux, Cheyenne, Arapaho i Kiowa.
Wielu Indian posiadało „szaty duchów'* mające rzekomo chronić przed kulami karabinów.
W 1890 roku konflikt między białymi a Sioux gwałtownie się zaostrzył. Sitting Bull wspierał wyznawców nowej religii, Amerykanie zaś obawiali się kolejnego powstania. Aby zaprowadzić porządek, wydali rozkaz aresztowania Sitting Bulla.
Jego zwolennicy chcieli temu przeszkodzić; doszło do starcia, w czasie którego wódz zginął od kuli.
Wielu wyznawców religii Tańca Duchów uciekło, wrócili jednak na rozkaz armii, 28 grudnia 1890 roku, nad potokiem Wounded Knee, mieli w asyście wojska złożyć broń. Gdy żołnierze zaczęli rozbrajać Indian, padł strzał.
To był sygnał - z karabinów szybkostrzelnych i armat rozpoczęto masakrę mężczyzn, kobiet i dzieci; żołnierze bez litości ścigali i zabijali uciekających.
Zginęło prawie 300 Indian. Ta krwawa jatka zakończyła walkę wyzwoleńczą Indian pórnocnoamerykańskich.
Nawet Wovoka rozkazał teraz swym dzieciom wstąpić na ścieżkę białego człowieka.
O wydarzeniach nad Wounded Knee przypomniano sobie dopiero w 1973 roku.
Członkowie Ruchu Indian Amerykańskich rozpoczęli okupację tego miejsca i wzięli zakładników, by w ten sposób zwrócić uwagę rządu na swe postulaty. Żądali przede wszystkim rewizji wszystkich umów, jakie zostały kiedykolwiek zawarte między Indianami a białymi, Żądania te nie zostały wprawdzie spełnione, jednak akcja zwróciła uwagę społeczeństwa amerykańskiego na ciężka sytuację indiańskiej mniejszości narodowej...
http://www.sciaga.pl/tekst/19268-20-kul … oludniowej
http://imladis.p2a.pl/viewtopic.php?id=4876

 

#2 2012-09-08 20:00:30

Crows
mentor
Skąd: z nad Liswarty
Zarejestrowany: 2010-03-25
Posty: 13678

Re: Kultura Indian Ameryki północnej i południowej


:
:

..PHZ - poza horyzontem zdarzeń ..

Offline

 

#3 2013-01-03 02:32:46

Siemowit
Moderator
Zarejestrowany: 2010-05-01
Posty: 661
Serwis

Re: Kultura Indian Ameryki północnej i południowej


http://www.bogowiepolscy.net/gfx/image/Chwala_Bogom!.jpg

Offline

 

#4 2014-03-18 20:59:24

G.J.Jane
zaaklimatyzowany
Skąd: Gdynia
Zarejestrowany: 2011-01-13
Posty: 921
Serwis

Re: Kultura Indian Ameryki północnej i południowej

Skąd wzięli się Indianie?



"Jedno wszakże jest pewne ponad wszelką wątpliwość: człowiek nie pochodzi z Ameryki. Jeszcze 30 tysięcy lat temu ten ogromny kontynent był zupełnie bezludny! Tak więc rodzaj ludzki pojawił się w Azji.

Stamtąd w każdym razie rozpoczęła się jego ekspansja. Z Azji przybywały następujące po sobie migracje, które zaludniły amerykańskie pustkowie. Rozpoczęły się one przed 30 tysiącami lat i rozłożone w czasie trwały przez 20 tysięcy lat." (L. R. Mougier)

Pierwsi Amerykanie mieli więc w ślad za mamutami, na które polowali, pokonać w czasie epoki lodowej obszar obecnej Cieśniny Beringa oddzielającej Kamczatkę od Alaski, który wówczas był suchym lądem. Co w tym takiego tajemniczego, co upoważniałoby do umieszczenia artykułu o pochodzeniu Indian w "Strefie Mroku"?

Teorię zasiedlenia Ameryki pomostem lądowym przez Cieśninę Beringa opracował Ales Hrdlicka, amerykański uczony czeskiego pochodzenia. Oszacował on wiek najstarszych Indian na mniej niż 10 tysięcy lat. Doszedł on ponadto do wniosku, że Amerykę zasiedliła niewielka grupka myśliwych, dlatego wszyscy Indianie są do siebie podobni, wszyscy mają grupą krwi zero. Teoria ta obowiązuje w nauce do dzisiaj, niestety argumenty wysuwane na jej poparcie dawno już straciły swoją aktualność. Należałoby być może zrewidować samą teorię, skoro nie ma właściwie argumentów na jej poparcie.

Przodkowie niektórych Indian, może nawet większości, pewnie przebyli Cieśninę Beringa tak, jak tego chciał Hrdlicka. Dowodem na to jest chociażby odległe podobieństwo języków niektórych plemion indiańskich do języków ludów Azji. Apacze i Kaczynowie (znani z wytwarzania lalek mających niby wyobrażać kosmitów) mówią językami przypominającymi tybetański i birmański, Czarne Stopy, Algonkini, Czejeni, a zwłaszcza Indianie Wakash z Vancouveru mają języki podobne do tureckiego czy mongolskiego. Ciekawe jednak, że języki kalifornijskich i meksykańskich plemion Hokan, Washo czy Pomo są spokrewnione z językami Malajów i wysp Polinezji. Czyżby te grupy Indian przywędrowały do Ameryki inną drogą, przez Oceanię?

Pierwsi Amerykanie mieli zasiedlać powoli kontynent wzdłuż zachodniego wybrzeża. Ponoć około przełomu er, 2000 lat temu, wreszcie plemiona Jahganów i Alkalufów osiągają południowy kraniec Ameryki - Ziemię Ognistą. Co na to archeolodzy? Oto na Alasce odkryto znaleziska sprzed 11-13 tysięcy lat (co i tak przekracza znacznie granicę czasową wyznaczoną przez Hrdlickę), w Pensylwanii sprzed 19 tysięcy lat, w Nowym Meksyku (Orogrande) sprzed 28 tysięcy lat, w Peru (Pikimachay) sprzed 22 tysięcy lat, a z Chile (Monte Verde) sprzed 33 tysięcy lat. Zauważmy, że im dalej na południe, tym znaleziska starsze. Czyżby zasiedlenie Ameryki szło nie od północy, lecz od południa? Jeśli tak to skąd, z Antarktydy??? Z zatopionego kontynentu na Oceanie Spokojnym???

Ostatnio dokonano szeregu nowych odkryć, które już zupełnie zaciemniają obraz zaludniania Ameryki. I tak w Kalifornii (Santa Rosa Island, Calico Hills i Del Mar) odkryto ślady bytności człowieka sprzed 40 - 48 tys. lat, a w płn. Jukonie (Old Crow) sprzed 40 tysięcy lat. Potwierdzałoby to teorię zasiedlenia od północy. Dwa dalsze niepewne ślady, jeden z Kanady (Taber), drugi z Brazylii (Boqueirao da Pedra Furada) mają pochodzić sprzed 50 tysięcy lat! Jedno, co wiemy: zasiedlenie Ameryki odbyło się o wiele wcześniej niż przypuszczał Hrdlicka, a przemieszczanie się Indian wcale nie odbywało się przez całe tysiąclecia, skoro najstarsze ich ślady znajdujemy jednocześnie w Kanadzie i Brazylii.

Wbrew przypuszczeniom twórcy teorii zasiedlenia Ameryki od północy, Indianie nie są znów tacy bardzo podobni do siebie. Wyróżnia się wśród nich wiele typów antropologicznych, istnieją nawet 'biali Indianie', bardziej przypominający rasę europejską niż mongolską (Indian uważa się za przedstawicieli rasy żółtej, czyli za Mongoloidów). O nich mówią kroniki z czasu konkwisty, dziś można ich spotkać w Amazonii (Majorumowie) oraz w Araukanii i Los Lagos w Chile (Mapuche). Większość Indian z plemienia Czarnych Stóp ma krew grupy A, a w mumiach z Peru znaleziono wszystkie cztery grupy krwi.

Niektórzy uczeni próbują pogodzić teorię Hrdlicki z faktem zróżnicowania Indian i twierdzą, że jest ono wynikiem przystosowania do życia w różnych klimatach Ameryki. Wynikałoby z tego, że im bardziej cofniemy się w czasie, tym bardziej Indianie powinni być do siebie podobni. Czy tak właśnie jest?

Olmekowie byli twórcami najstarszej znanej z grona wielkich cywilizacji prekolumbijskiej Ameryki. Ich kultura rozwijała się w Meksyku. Jej powstanie datuje się na schyłek II tysiąclecia p.n.e, a upadek na koniec I tysiąclecia n.e., trwała więc 2000 lat. Najbardziej znanym elementem ich kultury są ogromne kamienne rzeźby głów, ważące do 40 ton i mierzące nawet ponad 2.5 metra wysokości. Nie byłoby w tym jeszcze nic nadzwyczajnego, tylko, że wyrzeźbione twarze mają wyraźne cechy negroidalne! Podobnie spłaszczone nosy i wydatne wargi spotykamy wśród Murzynów Czarnej Afryki, ale w żadnym wypadku wśród Indian! Uczeni wymyślali różne teorie próbujące zanegować to podobieństwo. Aż wreszcie zbadali olmeckie szkielety. Okazało się, że najdawniejsi Olmekowie mieli wyraźne cechy Murzynów. Z upływem czasu udział elementów negroidalnych w ich czaszkach stopniowo malał. Odkryto też, że pierwsi Olmekowie mieli sporo cech rasy białej, jednak one też zanikały w ciągu wieków, choć wolniej. A więc im dalej cofniemy się w czasie, tym mniej różni Indianie będą podobni do siebie, wbrew twierdzeniom niektórych uczonych.

Czyżby twórcami olmeckiej cywilizacji byli przybysze z Kartaginy lub z celto-iberyjskiej Hiszpanii wraz ze swoimi czarnymi niewolnikami? Najpierw zaniknęły cech mających niższy status społeczny Murzynów, dopiero zaś po upływie kolejnych stuleci biali kolonizatorzy (Fenicjanie, Iberowie, Iberoceltowie) rozpłynęli się w masie indiańskiej mongoloidalnej ludności - czyż ta teoria nie zgadza się z ustaleniami antropologów?

Teorię pochodzenia Olmeków od Fenicjan i Murzynów być może należałoby omówić w innym artykule, poświęconemu odkrywaniu Ameryki, gdyby nie fakt, że z osiągnięć cywilizacji Olmeków czerpały wszystkie późniejsze cywilizacje Meksyku (Majowie, Toltekowie, Aztekowie i inni). Wiele wskazuje na to, że transatlantyckie podróże Fenicjan, Iberów i Celtów nie miały charakteru wypraw odkrywczych, ale raczej kolonizacji. To ich przypuszczalni potomkowie, Olmekowie, zapoczątkowali rozwój sztuki, rzemiosła i organizacji społecznej, stworzyli kalendarz oraz wymyślili pismo obrazkowe przejęte później przez Majów. Możliwe, że oddziałali także na rozwój cywilizacji indiańskich w Ameryce Południowej. Chyba jest więc słuszne omawiać problem ich pochodzenia razem z problemem pochodzenia Indian.

Tu trzeba dla ścisłości zaznaczyć dwie sprawy. Po pierwsze, choć kultura olmecka pojawia się dosyć nagle, ma wiele powiązań z prymitywnymi kulturami wcześniejszymi tego obszaru. Widać to w dziedzinie uprawy roślin, produkcji i zdobnictwa ceramiki oraz form plastyki figuralnej. Trudno byłoby jednak zakładać, że naród będący syntezą kolonizatorów i tubylców przejmie wyłącznie kulturę zza oceanu. Druga uwaga dotyczy faktu, że Murzyni niewątpliwie mający udział w tworzeniu cywilizacji Olmeków wcale nie musieli być niewolnikami Kartagińczyków. Kartagina została prawdopodobnie założona w IX w p.n.e., cywilizacja Olmeków jest nieco starsza. Na początku I tysiąclecia p.n.e. w Afryce pomiędzy I a VI kataraktą Nilu przeżywa okres rozkwitu królestwo Nubii zamieszkane przez czarnoskórych Kuszytów. Kuszyci byli znakomitymi żeglarzami i z pewnością ich statki były w stanie pokonać Ocean Atlantycki. Ich władcy ingerowali w wewnętrzne sprawy Egiptu. Przejęli oni od Egipcjan sztukę budowania piramid, o czym napisałem w artykule "Paleokontakty". Rzecz ciekawa, że właśnie Olmekowie budowali pierwsze piramidy w Ameryce! Mało tego, w 1976 roku podczas badania mumii faraona Ramzesa II okazało się, że do jej konserwacji użyto tytoniu, rośliny rosnącej pierwotnie tylko w Ameryce. Ramzes II żył w latach 1301-1224 p.n.e., wtedy właśnie mogły powstawać pierwsze zręby cywilizacji Olmeków, a do Ameryki mogli wyprawiać się Nubijczycy, Kartagińczycy albo i sami Egipcjanie. Dodatkowym argumentem za przyjęciem kontaktów Olmeków z Nubią jest obecność w sztuce Ameryki Środkowej wizerunków słoni (uczeni widzą w słoniowych trąbach stylizowane dzioby papug...), które jak wiadomo w Ameryce nie występują.

Hipoteza (chyba dosyć realna) istnienia kulturowych powiązań między Egiptem, Fenicjanami (Kartaginą) i Nubią a prekolumbijską Ameryką (Olmekami) zwolennikom istnienia niegdyś wysoko rozwiniętej cywilizacji Atlantydy wybija z ręki jeden z koronnych argumentów - podobieństwo między kulturami Starego i Nowego Świata. Jeśli nawet Atlantyda istniała, nie miała żadnego związku ani z cywilizacją Egiptu, ani z cywilizacjami Indian, przede wszystkim dlatego, że Atlantyda jakoby zatonęła 10-12 tysięcy lat temu, podczas gdy Egipt rozwinął się 'zaledwie' jakieś 5-5.5 tysiąca lat temu, a cywilizacja Olmeków 3-3.5 tysiąca lat temu. Cóż robili mityczni Atlanci przez co najmniej pięć tysiącleci? Co się z nimi działo przez tak koszmarnie długi okres czasu? Jak widać, aby wyjaśnić podobieństwa kultur Egiptu i Ameryki Środkowej, nie musimy wcale szukać zatopionej Atlantydy.

W moim artykule starałem się obalić popularny pogląd głoszący, że praojczyzną wszystkich Indian była Azja i że skolonizowali oni Amerykę przeprawiając się przez Cieśninę Beringa. Nie przecząc faktowi, że na pewno przodkowie niektórych szczepów, zwłaszcza północnoamerykańskich, tą właśnie drogą przybyli na kontynent amerykański, wykazałem jednocześnie możliwość przybycia pewnych plemion do Ameryki inną drogą - przez Atlantyk lub przez wyspy Pacyfiku. Właśnie te plemiona miałyby być twórcami najbardziej rozwiniętych cywilizacji amerykańskich i dlatego nie pominąłem ich omawiając problem pochodzenia Indian.

http://www.apokalipsy.cba.pl/indianie.htm


... Cmoknij mi...

Offline

 

#5 2016-11-11 11:25:50

Crows
mentor
Skąd: z nad Liswarty
Zarejestrowany: 2010-03-25
Posty: 13678

Re: Kultura Indian Ameryki północnej i południowej


:
:

..PHZ - poza horyzontem zdarzeń ..

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo